wtorek, 29 grudnia 2015

Rozdział 28 "Biegłam..."

~Violetta~
Boję się. Strasznie się boję. Chcę wrócić już do domu, do Leóna. A co jeśli on mnie nie szuka? Violetta spokojnie on na pewno Cię szuka. Mały chłopiec wciąż był przy mnie. Nie chcę by mi go zabrali. Pokochała go w tak krótkim czasie. Kiedy przytulałam go do swojego ciała do pomieszczenia wpadł jakiś mężczyzna jednak nie widziałam jego twarzy, bo był w kominiarce. Nie zauważył mnie. Przepychał się z innym mężczyzną. Powoli wstałam z maluchem i przy ścianie przesuwałam się do drzwi. Muszę skorzystać z okazji. Kiedy byłam już blisko drzwi rzuciłam się do ucieczki. Jednak nie dobiegłam daleko. W kolejnym pokoju ktoś był. 
-A ty dokąd kurwa?-wrzasnął facet. Nie odzywałam się. Wciąż tuliłam malca. Boję się. O malucha, o siebie i o dziecko które mam w sobie. 
-Odpowiedz kiedy do ciebie mówię!- znowu zaczął wrzeszczeć. Nie odezwałam się. Stałam ze spuszczoną głową. 
-O nie mała szmato. Tak nie będziemy się bawić.- podszedł do mnie i zaczął ciągnąć za włosy. Kopnął mnie w kolano przez co upadłam. Zaczął mnie kopać wszędzie gdzie się dało a ja próbowałam osłonić swoim ciałem chłopca którego trzymałam w ramionach i to jeszcze nienarodzone dziecko. Z każdym kopnięciem czułam jeszcze gorszy ból. Wymierzał kolejne ciosy w mój brzuch a ja czułam, że nie mogę nic zrobić. Boże proszę aby moje dziecko przeżyło. Błagam Cię... Po dłuższej chwili zorientowałam się, że ciosy ustały. Kiedy otworzyłam oczy byłam już w tamtym zimnym pomieszczeniu. Chłopiec całe szczęście był ze mną wciąż przyciśnięty do mojego ciała. Spróbowałam podnieść się do pozycji siedzącej. Bardzo bolała mnie dolna część brzucha. Z trudem usiadłam i oparłam się o ścianę. Byłam cała we krwi. Odsunęłam od siebie chłopca i starannie obejrzałam. Był cały i zdrowy. Przytulałam go do siebie po czym sama zamknęłam oczy. Muszę stąd uciec. Dla dziecka, dla siebie, dla Leóna.
~León~
Żadnego znaku, że moja Viola żyje. Nic. Policja nic nie robi aby ją odnaleźć. Mam dość bezczynnego siedzenia. Jeśli oni nie potrafią jej znaleźć to ja poruszę niebo i ziemię aby Violetta wróciła do domu. 
Wstałem z podłogi na której siedziałem i wyszedłem bez słowa z domu. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem. W ciągu czterech godzin objechałem większość ulic Buenos Aires ale jeśli tu jej nie znajdę przeniosę się na obrzeża miasta. 
~Violetta~ 
Siedzę i patrze w sufit trzymając Fabiana, może to nie najlepszy pomysł ale właśnie tak postanowiłam dać mu na imię. Jest już bardzo głodny, chcę go stąd zabrać. Sama chcę się stąd wydostać w dodatku ból brzucha wciąż się nasila. Dopiero teraz po policzkach zaczęły mi ciec łzy kapiąc na brudny koc którym był przykryty niemowlak. Z sąsiedniego pomieszczenia usłyszałam donośny huk. Przestraszyłam się i spróbowałam wstać. Po kilku próbach to wciąż się nie udawało. Violetta pamiętaj, musisz być silna. Zacisnęłam zęby i podniosłam się. W tym samym czasie Fabian zaczął płakać. Przytuliłam go. 
-Obiecuję ci kochanie, że jak tylko stąd wyjdziemy zajmę się tobą jak prawdziwa matka.- pocałowałam go w główkę. Nagle drzwi się otworzyły i weszła ta sama kobieta co wcześniej. Rozmawiała przez telefon. Nie patrzyła na mnie. Wybiegłam. Drzwi wejściowe były otwarte. Biegłam przed siebie ile sił w nogach. Po chwili zorientowałam się, że jestem w lesie. Jednak nie przestawałam biec. Chcę znaleźć drogę. Jakiegoś człowieka... Biegłam. 
~León~ 
Objechałem już wszystkie dzielnice BA. Zamierzam teraz jeździć drogami za miastem i potem je okrążyć.
~30 minut później~
Kierowałem się do pobliskiego miasteczka. Kiedy z dala zauważyłem jakąś postać z jakimś zawiniątkiem na rękach. Podjechałem bliżej i dostrzegłem, że kobieta jest cała we krwi... i jest moja Violettą. Wysiadłem z auta i podbiegłem w jej stronę.
-Violu...-szepnąłem widząc w jakim jest stanie. 
-León...-płakała. Pomogłem jej dojść do samochodu i posadziłem jej w fotelu. 
-Kochanie to nasze dziecko?-zapytałem.
-Nie León. Proszę zabierz nas do szpitala.- mówiła patrząc na mnie przepełnionymi bólem oczami. Wziąłem od niej dziecko i posadziłem w foteliku na tylnim siedzeniu. Odkryłem mu twarz. Było prześliczne. Zapiołem mu delikatnie pasy i sam szybko wsiadłem za kierownicę. Ruszyłem z piskiem opon aby jak najszybciej znaleźć się w szpitalu.
-Violu proszę wytłumacz mi skąd masz to dziecko.- zacząłem delikatnie.
-Kazali mi go tam pilnować. Nie chciałam go tam zostawić. On jest taki mały i bezbronny. Pokochałam go...-otarła łzę spływającą po policzku. 
-León proszę zajmijmy się nim. Obiecałam mu, że zrobię wszystko by móc się nim zająć.-patrzyła na mnie z nadzieją w oczach. 
-Dobrze Violu. Zajmiemy się naszymi dziećmi.-uśmiechnąłem się do niej delikatnie. 
§¥§¥§¥§§¥§¥§¥§¥§§€§¥§€§

sobota, 12 grudnia 2015

Rozdział 27 "Chciałem zgłosić zaginięcie"

~León~
Kiedy wszedłem do kuchni po coś do picia zorientowałem się, że nie ma Violi. Myślałem, że jest właśnie tutaj.
-Kochanie!-zawołałem. Zero odzewu.
-Violuś!-powtórzyłem. Znowu nic. Wyszedłem z kuchni po czy skierowałem się w stronę drzwi wejściowych. Wyszedłem na zewnątrz aby sprawdzić czy może jest przy samochodzie. Ale tam również jej nie było. Przecież powiedziała by mi gdyby gdziekolwiek szła. Poza tym nikt nie wiedział, że to właśnie dziś się przeprowadzamy. Wyjąłęm telefon z kieszeni moich czarnych spodni oparłem się o auto i wybrałem numer Violetty.
Jeden sygnał. Drugi. Trzeci. Czwarty. Piąty. Właśnie w tej chwili zauważyłem, że telefon Violusi jest w środku samochodu. Otworzyłem drzwi i zabrałem go stamtąd. Wróciłem do domu. Boję się o nią i nasze maleństwo. Przecież gdyby gdzieś szła powiedziałaby mi. Może coś jej się stało? Nie León! Nie możesz tak myśleć. Zaczekam jakieś dwie godziny i jak do tej pory nie wróci to pojadę na policję. Ale nie, dwie godziny to za długo. Wybiegłem znowu na podjazd tym razem zamykając na klucz drzwi za sobą. Otworzyłem samochód i usiadłem na miejsce kierowcy. Ruszyłem z piskiem opon w stronę komisariatu. Coraz bardziej się boję. A jeśli coś jej się stało? Nie wybaczę sobie tego. Ona jest moim życiem...
*~*~*~*~*~*
-Chciałem zgłosić zaginięcie!-wpadłem na komisariat.
-Zapraszam do pokoju numer sześć.-Szybkim krokiem ruszyłem tam. Kiedy znalazłem się w wyznaczonym miejscu powtórzyłem:
-Chciałem zgłosić zaginięcie.
-Witam nazywam się Sergio Milanos. Proszę usiąść.-odezwał się wysoki mężczyzna. Przeszedłem na fotelu.
-Moja narzeczona wyszła z domu i potem już po prostu nie wróciła.- moje ciało przejął okropny ból jak tylko odpowiedziałem te słowa.
-Nie mówiła panu dokąd wychodzi?
-Nie. Jestem pewien, że powiedziałaby mi gdyby się gdzieś wybierała ale nie powiedziała ani słowa.
-Ile narzeczona ma lat?
-Osiemnaście kończy w tym miesiącu.-powiedziałem.
-Jest już prawie pełnoletnia. Poszukiwania możemy rozpocząć dopiero po 24 godzinach od zniknięcia.- Nie no zajebiście. Kurwa na wszystko mają czas.
-Ona jest kurwa w ciąży!-krzyknąłem wstając gwałtownie.
-Proszę trzymać nerwy na wodzy. Ciążą zmienia postać rzeczy. Poszukiwania zaczynamy właśnie w tej chwili.- oznajmił i kazał mi wyjść do poczekalni. Co za policjanci kurwa. Przez ten czas obdzwonię wszystkich naszych znajomych.
~Violetta~
Otworzyłam oczy i nic wciąż jak by były zamknięte. Nie chce krzyczeć nie mam na to siły.Jestem w ogromnym szoku. Nie jestem związana ani nic takiego. Jednak wolę się nie ruszać.
Usłyszałam płacz dziecka...Ono jest w tym samym pomieszczeniu. Dotykam ręką podłogę wokół mnie. Jedan nie znajduję zródła tego płaczu. Może to moja podświadomość płata mi figle. Po chwili słyszę brzdęk kluczy. Spoglądam w stronę drzwi które z otwierają się z trzaskiem. Wchodzi ktoś w kominiarkce.
-Zajmij się tym bachorem głupia suko!-krzyczy. Wiem, że to kobieta. Poznaję po głosie.
Zapala światło które razi mnie w oczy. Nie pomyliłam się. Jest kobietą. Rozglądam się po pokoju. I widzę bezbronnego maluszka leżącego na brudnym łóżku.
-Powiedziałam coś!-krzyczy po czym uderza mnie z całej siły w twarz. Czuje jak pieczę mnie policzek i wiem, że będzie siniak. Maluch nadal płacze. Podnoszę się powoli z podłogi i idę w stronę łóżka. Biorę dziecko do ręki i widzę, że musiało niedawno przyjść na świat. Jest takie słodkie. Tylko ktoś bez uczyć może mu zrobić krzywdę. Przytulam je do siebie i patrzę na kobietę.
-Masz go pilnować!-drze się na cały głos. Wręcz czuje strach tego dziecka.
-Dobrze.-odpowiadam szeptem.-Ono jest głodne.-kończę.
-Co mnie to interesuje. Daj mu coś.-mówi już ciszej.
-Potrzebuje mleka.-znowu mówię. Ona wychodzi i po chwili wraca z tacą z mlekiem i jakimiś butelkami. Wychodzi i znowu zamyka drzwi.
Podchodzę do tacy i wiedzę na niej jeszcze jakaś starą pieluszkę. Chociaż tyle dobrego, że w środku jest czysta. Zakładam ją chłopcu. I znowu zawijam w szmatę w którą był owinięty. Przytulam i podchodzę znowu do tacy. Biorę do ręki butelkę i sprawdzam czy jest chociaż trochę ciepłe. Jest letnie ale musi wystarczyć. Daje mu smoczek butelki do ust i karmię. Chłopiec był bardzo głodny. Ciekawe czy ma jakieś imię?
~León~
Od dwóch godzin nic. Żadnych informacji. Dosłownie nic. Zero. Siedzę w naszym domu z jej i moją rodziną oraz przyjaciółmi i czekam na jakaś informację ale nic. Już chyba każdy płacze. Dlaczego akurat Viola, mój skarb? Jeśli ten ktoś zrobi jej krzywdę drogi za to zapłaci. Siedzę na podłodze przy ścianie i patrzę nieobecnym wzrokiem w pustą przestrzeń a i tak widzę tylko i wyłącznie ją... #%#%#%#%#%#%#
Zostaw komentarz, proszę.

sobota, 7 listopada 2015

Rozdział 26 "Nasze"

Kolejny dzień
~Violetta~
Od rana siedzię w pokoju i pakuje wszystkie rzeczy. León już pojechał do domu aby spakować swoje rzeczy. Nasi rodzice już wiedzą i nie mają nic przeciwko. Wczoraj zaprosiłam rodziców mojego chłopaka na kolację. Z chęcią się zgodzili. Przy kolacji powiedzieliśmy co zamierzamy i wszyscy jednogłośnie powiedzieli, że się zgadzają co nas bardzo cieszy. Mama obiecała mi, że jak posprząta na dole i ogarnie moich braci to przyjdzie mi pomóc. Jednak z pokoju spakowałam już wszystko tylko jeszcze z łazienki. Wzięłam jeden duży karton i skierowałam się do łazienki. Otworzyłam jedną z szafek i zabierałam wszystkie balsamy, szampony, odżywki, żele pod prysznic po czym poukładałam w kartonie. Następnie wysunęłam  szufladę i wyjmowałam wszystkie kosmetyki do makijażu wrzucając je do pudła. 
-Violu, gdzie jesteś?-usłyszałam głos mamy dobiegający z korytarza. 
-W łazience!-odkrzyknęłam. Wbiegła do łazienki jak oparzona. 
-Myślałam, że coś ci jest.
-Nie. Wszystko w jak najlepszym pożądku. Przyszłam tylko po kosmetyki.
-Miałam Ci pomóc. Przepraszam. Musiałam iść posprzątać w pokojach chłopców. 
-Nic się nie stało, i tak już kończę.
-Ja zaniosę to pudło do twojego pokoju a ty idź coś zjeść. Jest godzina 12 a ty nawet śniadania nie jadłaś. Musisz dostarczyć sobie i fasolce energii. 
Posłuchałam jej i zeszłam po schodach do kuchni. Przygotowałam tam sobie kilka kanapek i jabłkowo-miętową herbatę. Po zjedzeniu posiłku talerz włożyłam do zmywarki a herbatę zabrałam do pokoju. Zastałam tam Angie która otwierała jakiś ogromny karton. 
-Co to jest?- zadałam pytanie siadając obok niej na łóżku. 
-Ubranka po tobie i po chłopcach.-mówiąc  uśmiechała się-Trzymałam je tyle lat i teraz tobie się przydadzą.
-Dziękuje mamo. Mogły by na razie zostać tutaj?
-Tak, nie ma sprawy.
Usłyszałam, że ktoś wchodzi do pokoju. Odwróciłam głowę w stronę drzwi zza których wyłonił się León.            
-Dzień dobry.-przywitał się po czym podszedł do mnie i pocałował w policzek.-Spakowana?-zadał pytanie siadając obok mnie.
-Tak. Te kartony już można pakować do auta.-wskazałam ręką na kilka pudeł stojących w kącie pokoju. León wstał i poszedł ku nim. Podniósł trzy po czym wyszedł z pokoju. Mama wzięła jeszcze dwa z czego został już tylko jeden karton i zrobiła to samo co León. Zostałam sama w pokoju. Podeszłam do okna i spojrzałam na moich braci bawiących się w ogrodzie. Chciałabym mieć jeszcze raz te pięć lat i bawić się nie przejmując się problemami całego świata. No ale cóż nie cofniemy czasu. Trzeba iść na przód i dorosnąć w końcu już za kilka miesięcy sama zostanę matką.
-Kochanie musimy już jechać, robi się późno.-mój chłopak objął mnie od tyłu.
-Dobrze.-puścił mnie po czym oboje wyszliśmy z pokoju. Zeszliśmy na dół gdzie czekali na nas moi rodzice wraz z rodzeństwem. Przytuliłam wszystkich po kolei.
-Do zobaczenia.-powiedziałam uśmiechając się. León złapał mnie za rękę i po ciągnął w stronę drzwi wyjściowych. Otworzył mi drzwi do samochodu... ale zaraz on miał Audi a to jest Kia.
-Czyje to auto?-zadałam pytanie, kiedy usiadł na miejsce kierowcy.
-Nasze.-odpowiedział patrząc na mnie z uśmiechem.
-Jak to?
-Po prostu moi rodzice nam sprezentowali. Przecież nie mogę wozić naszego aniołka w sportowym samochodzie.
-Kocham cię.-powiedziałam po czym cmoknęłam go w policzek. Kiedy zapięliśmy pasy mój chłopak ruszył i wjechał na główną drogę prowadzącą do Buenos Aires.
-Bardzo się cieszę, że będę Cię miał przy sobie i, że wreszcie będziemy razem mieszkać.-wyznał patrząc na drogę. 
-Ja też.-opowiedziałam krótko patrząc w widoki za oknem. Na miejsce dojechaliśmy po jakichś 30 minutach. León od razu zabrał się za zanoszenie pudeł do domu. Otworzyłam mu drzwi, po czym poszłam do kuchni a mój chłopak na górę. Chcąc dać znać mamie, że bezpiecznie dojechaliśmy zorientowałam się, że mój telefon został w aucie. Wyszłam z domu a zaraz potem z podwórka. Otworzyłam drzwi od samochodu i przychyliłam się aby poszukać komórki. Jednak jej nie znalazłam. W pewnym momencie poczułam mocna szarpnięcie i dalej nic. Ciemność.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Komy komy komy!!!

Rozdział 25 "W moim domu"

~Violetta~
Staram się oswoić z myślą, że będę matką. Jest ciężko, ale gdy sobie myślę, że pod sercem noszę taką istotkę. Owoc miłości mojej i Leóna. Robi mi się ciepło na sercu i automatycznie na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Z jednej strony cieszę się, że będę matką ale z drugiej niezbyt, ponieważ nie planowałam w wieku siedemnastu lat. Stało się i już się nieodstanie. Zostaje się tylko cieszyć. Tak jak León. On chciał by, żebym się z łóżka nie ruszała a ja nie chce, bo ciąża to nie choroba a poza tym to dopiero początek. Nawet po mnie nie widać. O dziecku wiedzą tylko moi rodzice i przyjaciele. Na razie jest dobrze. Zamierzam wrócić do domu w Buenos Aires i zamieszkać tam razem z Leónem. Za niedługo kończę osiemnaście lat i będę mogła sama zadecydować. Justin niestety pojechał do domu, ponieważ jego mama jest w ósmym miesiącu ciąży a J. chciał zobaczyć siostrzyczkę. Powiedział, że sam nie wie czy jeszcze przyjedzie do B.A. ale na pewno będzie nas odwiedzał. Z moich głębokich przemyśleń wyrwał mnie głos Jacoba. 
-Violu. León czeka na ciebie na dole. 
-Mógłbyś powiedzieć mu aby przyszedł do mojego pokoju? 
-Już biegnę!- usłyszałam za nim zniknął za drzwiami. Leżę w pokoju i odpoczywam. Dziś nie mam ochoty na nic. Chce mi się tylko spać. Po chwili drzwi do pokoju się uchyliły a w nich pojawił się mój chłopak. 
-Cześć kochanie.- powiedział i podszedł do łóżka na którym leżałam aby się przywitać buziakiem w policzek. 
-Hej. Położysz się ze mną? 
-Jasne.-przesunęłam się aby zrobić mu miejsce. Kiedy już leżał wtuliłam się w jego umięśniony tors. 
-León...-zaczęłam
-Tak Violu?
-Zamieszkajmy razem w Buenos Aires. W moim domu. 
-Bardzo bym chciał, ale nie jesteś jeszcze pełnoletnia. 
-Ale to przecież już niedługo. Rodzice mi pozwolą. Sami ostatnio mi to proponowali. 
-Ja się zgadzam. 
-Kiedy się tam przeniesiemy?-zadałam pytanie. 
-Jak dla mnie możemy nawet dziś. 
-Może nie tak od razu. Jutro na przykład. Dziś przy kolacji oznajmimy to moim rodzicom. Zostaniesz na noc? 
-Jeśli chcesz. 
XXXXXXXXXXXXX 
Dziś tak krótko. To takie powitanie i wyjaśnienie. Obiecałam że najpóźniej we wtorek i jest. Krótko ale jest. W następnym rozdziela przeprowadzka...
Mogę zdradzić, że będzie się dużo działo. Wszyscy, którzy to czytają niech pod tym rozdziałem zostawią komentarz. Chcę zobaczyć ile was jest. 
Do następnego. 
Kasia Bieber :*
P.S. Za wszystkie błędy przepraszam.

czwartek, 3 września 2015

Nowy blog!

Hej!
Jak zauważyliście tutaj pojawił się prolog (tak, już dawno, wiem). Założyłam drugiego bloga o Martinie Stoessel i Justinie Bieberze. Fanów zapraszam: Chłopak z internetu.
Zainteresowanych zapraszam do komentowania.
Kasia Bieber

piątek, 21 sierpnia 2015

Rozdział 24 "Nie najlepiej się czuję"

~Dwa miesiące później~
~Violetta~                                                                                                                                                                                             Przez te dwa miesiące nic się nie zmieniło. Nie wróciłam do Buenos Aires. Zdecydowałam, że zostanę z rodzicami. Co ze mną i Leónem? Jesteśmy razem i nie zamierzamy się w najbliższym czasie rozstawać. Bardzo się kochamy a chłopak jakby mógł zostawałby ze mną i do szkoły nie chodził. Przyjeżdża do mnie codziennie po szkole. Cieszymy się,że jesteśmy razem. Dziś się źle czuję i do szkoły nie idę a jest sam środek tygodnia czyli środa. Od rana wymiotuje, kręci mi się w głowie. Mama za wszelką cenę chce zaciągnąć mnie do lekarza. W tej chwili leżę w łóżku w swoim pokoju. Usłyszałam, że dzwoni mi telefon. Wzięłam telefon do ręki i spojrzałam na wyświetlacz: León.
 -Cześć misiu-odebrałam                                                                                                                                                      
 -Obudziłem cię?-zapytał                                                                                                                                                     -Nie po prostu dziś nie czuję się najlepiej.
-Za niedługo będę.-powiedział                                                                                                                                            -Ale León...-nie dane mi było dokończyć, bo chłopak się rozłączył a ja poczułam, że muszę jak najszybciej dostać się do łazienki. Pobiegłam tam i już wiadomo co się stało. Kiedy już przestało mnie mączyć wstałam z podłogi na której siedziałam i zaczęłam myć zęby. Kiedy już to zrobiłam wróciłam do pokoju pod ciepłą kołderkę. Po jakichś piętnastu minutach usłyszałam ciche pukanie do drzwi.                                                                                                                                                                     -Można?-zza nich wyłoniła się moja mama.                                                                                                                  -Tak, proszę.-odpowiedziałam. Mama weszła do pokoju i przysiadła na końcu mojego łóżka.        -Violu możemy porozmawiać?-zadała pytanie                                                                                                  -Jasne.-odparłam podnosząc się na łokciach.
-Mam takie jedno pytanie.-mówiła starając się na mnie nie patrzeć.                                                           -No wyduś to z siebie.-zachęcałąm ją.                                                                                                                             -Violetto czy ty już TO robiłaś?-wypowiedziała to pytanie podkreślając słowo TO. Poczułam, że się czerwienie. Obie nie lubiłyśmy rozmawiać na takie tematy.                                                                      -Robiłam. Dlaczego pytasz?                                                                                                                                               -Violu, bo te objawy mówią same za siebie.-patrzyła na mnie z powagą w oczach.-Miałaś miesiączkę?-kolejne pytanie skierowane w moją stronę. Dopiero teraz sobie uświadomiłam,że od tamtej pory nie miałam okresu. Boże jeśli ja jestem w ciąży...                                                                                                                                                                                      -Od dwóch miesięcy nie miałam.-poczułam, że do moich oczu napływają łzy.                                        -Jadę do miasteczka do apteki.- wstała i skierowała się w stronę drzwi a ja w tej chwili dałam upust swoim łzą. Tuż przed tym jak mama chciała otworzyć drzwi. Ktoś je otworzył. To był León. -Dzień dobry-przywitał się grzecznie po czym spojrzał na mnie. Wymijając mamę podbiegł do mnie i mocno przytulił.                                                                                                                                                          -Pół godziny i będę z powrotem.-powiedziała po czym zniknęła za drzwiami.                                           -Co się stało kochanie? Czemu płaczesz?-zadawał pytania.                                                                                  -Po prostu bardzo boli mnie brzuch-skłamałam.                                                                                                       -Połóż się spać. Cały czas tu będę.-pocałował mnie w czoło po czym wtuliłam się w niego i zasnęłam. Kiedy się obudziłam León tak jak mówił cały czas był ze mną.                                                    -Cześć kochanie.-nachylił się i lekko mnie pocałował.-wstaniesz.- Była tu twoja mama. Powiedziała, że jak wstaniesz masz przyjść do niej do kuchni.                                                             -Długo spałam?                                                                                                                                                                           -Z jakieś dwie godzinki.                                                                                                                                                         -A ty?                                                                                                                                                                                                -Też spałem. Chodźmy na dół. - podniósł się z łóżka i pomógł mi wstać. Wyszliśmy z pokoju i powoli zeszliśmy po schodach. Im bliżej kuchni tym bardziej się bałam. Kiedy się tam znaleźliśmy mama podała mi test ciążowy do ręki i kazała iść do łazienki. Otworzyłam pudełko i wyjęłam całą jego zawartość na umywalkę. Przeczytałam instrukcję i postępowałam zgodnie z nią. Kiedy skończyłam położyłam go na podłodze i sama na niej usiadłam. Wpatrywałam się w niego tępo, bez jakiegokolwiek uczucia. Siedziałam tak z 15 minut, kiedy uświadomiłam sobie, że na nim pojawiły się dwie kreski. Boże ja jestem w ciąży... Niewiele myśląc wybiegłam z łazienki i rzuciłam się w ramiona Leónowi. Zaczęłam płakać. Nie mogę być w ciąży.
-León jestem w ciąży.- szepnęłam. Czułam, że jest w szoku. Przez chwile w ogóle się nie ruszał. Dopiero po jakimś czasie przycisnął mnie do siebie jeszcze bardziej.
-Będę tatą! Nawet nie wiesz jak się ciesze kochanie!-wykrzyknął. Tylko szkoda, że ja się nie cieszyłam. Poczułam, że bierze mnie na ręce i przemieszczamy się gdzieś. Poczuła, że siada. Oderwałam się lekko od niego i nadal załzawionymi oczami spojrzałam na pomieszczenie. Siedzieliśmy na kanapie w salonie.
-Skarbie spójrz na mnie.- usłyszałam jego głos. Odsunęłam się aby móc mu spojrzeć w oczy.          - Skarbie  będziemy mieli takiego małego Verdaska i teraz zostaje nam się tylko cieszyć. Stało się i już się nieodstanie. To owoc naszej pięknej miłości i proszę nie smuć się. Damy sobie radę. Jestem pewien, że nasi rodzice będą chętni aby pomagać nam przy małym bobasku i na pewno skończymy szkoły. Dopiero co się dowiedziałem a już kocham to dziecko i wiem, że ty i ono to cały mój świat.-zakończył i pocałował mnie kładąc rękę na moim brzuchu. Dzięki jego przemowie zaczęłam się cieszyć z tego, że już nie długo będę mogła przytulić do siebie takie malutkie dziecko, które będzie moje i Leóna. Nikogo więcej.
************************************************

niedziela, 16 sierpnia 2015

Rozdział 23 "A dlaczemu?"

~Violetta~
Po zjedzeniu śniadania chłopaki poszli do pokojów się przebrać a potem wyszli z piłką na podwórko, ja z dziewczynami zabrałyśmy się za zmywanie a rodzice pakowali rzeczy potrzebne na wyjazd. Wycierając wyspę kuchenną poczułam, że mam na swojej koszulce coś mokrego. Co się okazało Francesca rzuciła we mnie zmywakiem. Oczywiście jej oddałam. I tak cała kuchnia była w pianie.
-No to teraz mamy więcej do sprzątania.-usłyszałam głos Naty.
-Bieżmy się do pracy, bo inaczej będziemy siedzieć tutaj do wieczora.-mówiłam.
Zabrałyśmy się za ogarnianie w trakcie do kuchni przyszli chłopaki.
-A co tu się stało?-zadał pytanie zdziwiony Diego.
-Bitwa.-odpowiedziała Fran.
-Ej no bitwa bez nas.Foch.-oburzył się Fede.
-Ty lepiej nie mniej focha- mówił León przez śmiech.
-A dlaczemu?-zapytał Fede.
-A powiedzieć Ci znaczenie tego słowa?-odpowiedział pytaniem na pytanie Verdas a my wiedząc o co chodzi zaczęliśmy się śmiać. Tylko Fede taki biedaczek nie wiedział z czego w tej chwili się śmiejemy.
-Później Ci powiem.-odezwał się Diego.
-Okey.-Fede.
-Dziewczyny no to kiedy wyjdziecie, bo nie ma się przed kim popisywać...- założył ręce na piersi Maxi.
-Pamiętaj Maximiliano popisywać to ty się możesz przed swoją dziewczyną ale nasze małe to ty zostaw nam.-mój chłopak musiał to skomentować.
-Spoko, spoko.-Maxi podniósł ręce do góry w geście obronnym.
-Zaraz wyjdziemy.-powiedziała Lu a León w tym czasie podszedł do mnie i chciał się przytulić.
-Kochany aby się przytulić to musisz się przebrać. Jesteś cały spocony.-pogroziłam mu palcem.
-A buziaka chociaż dostanę?-wskazał palcem na policzek. Podeszłam bliżej aby go pocałować ale on w ostatniej chwili odwrócił głowę i pocałowałam go w usta.
-Idiota.-powiedziałam po oderwaniu się z uśmiechem
-Ale tylko twój.-odpowiada
-Ey ludzie może tak nie przy nas.-słodką konwersację musiał nam przerwać Diego.
-A ty jak się z Fran przy nas migdalicie to jest dobrze.-odpyskował León.
-Dobra to wy idźcie grać w piłkę a my pięć minut i wyjdziemy.-Naty. Chłopcy wyszli z domu a my spokojnie dokończyłyśmy sprzątanie.
-Dziewczyny my już jedziemy-do kuchni weszli moi rodzice wraz z braćmi.-Więc tak macie być grzeczni, dom ma stać na swoim miejscu. Przekażcie to też chłopakom. -tłumaczył tata.
-Dobrze.-podeszłam i cmoknęłam mamę i tatę w policzek a z braćmi przybiłam żółwika.
-My już jedziemy- odezwała się mama.
-Dobrze.- odparłam rodzice i rodzeństwo powoli wychodzili z pomieszczenia. Dziewczyny na pożegnanie rzuciły krótkie "Do widzenia". Kiedy usłyszałyśmy, że samochód wyjechał zaczęłyśmy wszystkie piszczeć jak szalone.
-Teraz poszalejemy!-krzyknęła Lu. Opuściłyśmy kuchnię i zmierzyałyśmy do mojego pokoju po koc aby wyjść na dwór. Jednak nam się nie udało. W salonie zatrzymali nas chłopaki.
-Dziewczyny już nie musicie wychodzić. Zostajemy w domu i się zabawimy. Verdas jedzie po dobry napój.- cieszył się Diego.
-Idę wziąć prysznic.-powiedział mój chłopak po drodze dając mi buziaka w czoło.  Usiedliśmy na kanapie i w fotelach a ja włączyłam telewizor i na mój ulubiony kanał z muzyką czyli Eska Tv.  Chłopaki rozmawiali o zbliżającym się meczu a my dziewczyny o nowej kolekcji ubrań od Gucciego. Po jakichś piętnastu minutach po schodach zszedł mój chłopak. Był ubrany w to co wcześniej a mianowicie szare spodnie z niskim stanem, czerwono-czarną bejsbolówke miał ją rozpiętą, pod spodem białą koszulkę z nadrukiem tylko koszulkę zmienił. Na nogach białe Nike Air Force a na głowie czarny z czerwonym daszkiem ful cap. W ręku trzymał swój portfel i kluczyki do samochodu.
-Violu chcesz jechać ze mną?-zapytał.
-Mogę jechać.-odpowiedziałam-tylko dom ma stać. Dziewczyny pilnujcie tych tam.-wskazałam ręką na chłopaków.
-Okey.-słowo wydobyło się z ust Fran.  León złapał mnie za rękę i razem wyszliśmy do przedpokoju. Tam wzięłam z wieszaka swoją torebkę.
Wyszliśmy z domu i skierowaliśmy się do czarnego Audi R8 mojego chłopaka.
Otworzył mi drzwi a kiedy usadowiłam się w fotelu zamknął je za mną. Obszedł samochód dookoła i usiadł na miejscu kierowcy. Zapieliśmy pasy i mój chłopak ruszył. Wyjechaliśmy z mojego podwórka.
-León gdzie jedziemy?-zapytałam
-Do Buenos Aires.
-Tak daleko?
-Godzina drogi. Może pogramy w kilka pytań?-zapytał
-Możemy.
-No to ja zaczynam. Ile miałaś lat gdy pierwszy raz się całowałaś?-zadał pierwsze pytanie.
-Miałam 13 lat i... ugryzłam chłopaka.-mówiąc to zrobiłam się czerwona jak burak. León zaczął się śmiać- A ty?
-Ja miałem 12 lat i od początku dobrze mi szło-powiedział dumny z siebie. Cały czas patrzył na drogę.
-Mogę zadać Ci wszystkie pytania jeśli chcesz.- zaproponował szatyn.
-Okey.
-A więc następne pytanie. Ile miałaś lat jak pierwszy raz TO zrobiłaś?- obawiałam się tego pytania.
- Jeszcze tego nie robiłam.-odpowiedziałam jak najciszej potrafiłam.- A ty?-dodałam już odrobinę głośniej.
-Miałem 16 lat i w dodatku nie byłem zbyt trzeźwy. Były urodziny kolegi i zrobiłem właśnie to z jego siostrą.-León mówiąc to był trochę zawstydzony.
-A jak bardzo mnie kochasz?-kolejne pytanie
-Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo. A ty?
-Bardziej niż bardziej.-powiedział i położył rękę na moją noge. -Nie mam więcej pytań. -dokończył.
Do samego Buenos Aires już nie rozmawialiśmy tylko co jakiś czas posyłaliśmy sobie uśmiechy. Gdy znaleźliśmy się pod jakimś sklepem León zaparkował.
-Jakie wam wziąć piwa?
-Owocowe.
-A chcesz coś jeszcze?
-To może pójdę z tobą i kupimy jakieś chipsy i inne napoje niż te z alkoholem.
-Okey.
Kiedy wyszliśmy z samochodu León złapał mnie za ręke i razem weszliśmy do sklepu. Kupiliśmy między innymi chipsy,żelki, Pepsi, piwa. León też musiał wziąć trzy wódki, bo impreza bez tego to nie impreza.
Zapakowaliśmy wszystko do bagażnika po czym wróciliśmy do domu. Weszliśmy do domu, i poszliśmy rozpakować zakupy. W środku było dziwnie cicho.
Kiedy skończyliśmy poszliśmy na górę.
-Ey ludzie!!!!!!!-krzyknął León.
Wszyscy wylecieli z pokojów... yyy i każdy miał coś w ręku. Justin nóż, Diego garnek, Fran patelnie, Maxi łyżkę, Lu widelec, Naty pokrywkę, a Fede krzesło.
-Czy wy napadliście mi na kuchnię?-mówiłam przez śmiech.
-Idziemy się bawić!-Diego
Przenieśliśmy wszystko do salonu a tam dopiero zaczęła się zabawa.
&&&&&&&&&&
3 godziny później
Wszyscy jesteśmy już dobrze wstawieni.
-Eyy gramy w butelkę?
-Dawajcie!- wzięli butelkę-Zakręcił Fede. Wypadło na mnie.
-Masz pocałować Verdasa z języczkiem! Ha! -Usiadłam Leońowi na kolanach i zaczęłam całować go tak jak mi kazano. Jego ręce powędrowały na moje pośladki. Kiedy się od niego oderwałam szepnął mi na ucho
-Chodźmy do twojego pokoju.-wstaliśmy oboje lekko się chwiejąc.
-Wy jak chcecie to sobie grajcie a my idziemy do mnie. Złapałam Leóna za rękę i skierowaliśmy się w stronę schodów. Usłyszeliśmy za nami tylko:
-Uuuuuuuuu.
Po chwili byliśmy już w pokoju. León już na samym wejściu przygwoździł mnie do ściany i zaczął namiętnie całować.
Dalej już można się domyślić co się stało....
~*~*~*~*~*~*~*~
1 komentarz~next